sobota, 31 lipca 2010

29 lipca 2010 - Jerozolima

Około 2 tysięcy osób przeszło przez Jerozolimę w paradzie, która miała bardzo mocny wydźwięk polityczny. Jerozolimska parada różniła się znacząco od tych, które odbywają się w Tel Avivie. Nie tylko pod względem liczby uczestników, których było ponad 10-krotnie mniej niż w gejowskiej stolicy Izraela, ale zwłaszcza charakterem. W odróżnieniu od Tel Avivu paradzie w Jerozolimie towarzyszyły protesty religijnych oszołomów, a sama parada bardziej przypominała polityczny marsz niż karnawał. Marsz zaczął się minutą ciszy dla upamiętnienia ofiar ubiegłorocznego zamachu w centrum gejowskim w Tel Avivie. Burmistrz Jerozolimy Nir Barkat odmówił wzięcia udziału w paradzie. Organizatorzy parady w proteście postawili puste krzesło z napisem „zarezerwowane dla burmistrza Nira Barkata”. Marsz po raz pierwszy w historii miał tak długą trasę, liczącą 2,5 km, która skończyła się pod izraelskim Knesetem, co miało podkreślić polityczny i protestacyjny wymiar imprezy. Silnie akcentowano potrzebę wprowadzenia w Izraelu cywilnych małżeństw dostępnych dla par homoseksualnych, ale i w ogóle małżeństw cywilnych, których w Izraelu nie ma.





piątek, 30 lipca 2010

Przebudzenie Anne Rice

Anne Rice, autorka „Wywiadu z wampirem”, postanowiła zerwać z katolicyzmem i chrześcijaństwem z powodu ich wrogiego stosunku do praw gejów i kobiet oraz antykoncepcji. Christopher Rice - syn pisarki - jest gejem.

Anne Rice, która 12 lat temu powróciła do katolicyzmu, ogłosiła w tym tygodniu, że choć pozostaje "związana z Chrystusam", nie chce już dłużej być związana z katolicyzmem.

Rice była wychowana w rodzinie katolickiej. W dorosłości miała poglądy ateistyczne, jednakże kilkanaście lat temu postanowiła powrócić do katolicyzmu.

We wtorek Rice umieściła link na Facebooku do wypowiedzi jednego z chrześcijańskich kaznodziei, który powiedział, że kraje muzułmańskie, które karzą śmiercią za homoseksualizm są bardziej "moralne" niż USA.

Rice potępiła tę wypowiedź pisząc, że chrześcijanie w takiej wersji są pełnymi pogardy i przemocy ignorantami, którzy sprawiają, że nie chce być dalej związana z chrześcijaństwem i identyfikować się z nim mimo wiary w Chrystusa.

Rice napisała, że nie może należeć do kłótliwej, wrogiej grupy jaką są chrześcijanie. Mimo próby związania się przez ostatnie 10 lat z katolicyzmem pisarka uznała, że sumienie nie pozwala jej być nadal jego częścią.

"Porzuciłam chrześcijaństwo. W imię Chrystusa, nie zgadzam się na to, by być przeciwko gejom. Nie zgadzam się na to, by być przeciwna feminizmowi. Nie zgadzam się na to by być przeciwko antykoncepcji. Nie zgadzam się być antydemokratyczna. Nie zgadzam się na to, by być przeciwko świeckiemu humanizmowi. Nie zgadzam się na to, być przeciwna nauce. Nie zgadzam się na to, by być przeciwko życiu. W imię Chrystusa, porzuciłam się chrześcijaństwo i bycie chrześcijanką. Amen."

Anne Rice dodała, że swoją wiarę w Chrystusa traktuje jako najważniejszą, a naśladowanie Chrystusa nie oznacza naśladowania jego zwolenników.

czwartek, 29 lipca 2010

Aneta Langerová


Aneta Langerová (ur. 26 listopada 1986 w Beneszowie), piosenkarka czeska.
W 2004 wygrała pierwszą czeską edycję Idola (Česko hleda SuperStar). Dwukrotna laureatka (2005 i 2006) ankiety Czeski Słowik (Český slavík)
Wydała dwie płyty Spousta andělů (Pełno aniołów) (2005) oraz Dotyk (2007) jak również single: Hříšná těla křídla motýlí, Voda živá, Srdcotepec i z nowego albumu Malá mořská víla.
W 2006 miała startować w Eurowizji z piosenką Spousta andělů, jednak Czeska Republika wzięła udział w Worldvision.
Jej muzycznym autorytetem jest kanadyjska piosenkarka Alanis Morissette. Brała udział w koncertach dobroczynnych, np. Světluška Nadace.

W 2010 r. potwierdziła wcześniejsze spekulacje na temat tego, że jest lesbijką. Jest związana z Ivą Milerovą.

video



Když končí se den a usne má zem, pak na malou chvíli
Vrací se zpět můj niterní svět, co osud tvůj sdílí
Do všech světových stran, do všech koutů co znám… volám
Když přichází noc, tak cítím jak moc, tvé světlo mi schází
Promítne krátce svůj stín někde v dálce, tvá duše se ztrácí
Zdá se nezbylo nic, jenže čím dál tím víc...
Ve mně navždy zůstává
Tvoje voda živá
Uvnitř odpočívá
Čistá a důvěřivá
Ve mně navždy zůstává
Tvoje voda živá
Tiše odplouvá
Čistá a důvěřivá
Když končí se den a usne má zem, nevnímám čas
Vrací se zpět můj niterní svět snad probudí nás
Zdá se nezbylo nic, jenže čím dál tím víc ...
Ve mně navždy zůstává
Tvoje voda živá
Uvnitř odpočívá
Čistá a důvěřivá
Ve mně navždy zůstává
Tvoje voda živá
Tiše odplouvá
Čistá a důvěřivá

środa, 28 lipca 2010

Pamiętając o prof. Szyszkowskiej

Na blogu Marii Szyszkowskiej znaleźć można wpis Stanley’a Devine’a, w którym wyraża on rozżalenie z tego powodu, że organizatorzy parady Europride nie zaprosili do wsparcia swoją osobą idei równości prof. Marii Szyszkowskiej. Słusznie zauważa Devine, że zapomniano najwyraźniej o tym, że to właśnie nikt inny jak ona stworzyła pierwszy projekt ustawy o związkach partnerskich. Został on odrzucony przez Cimoszewicza, który schował go do marszałkowskiego biurka, mimo że w Senacie projekt ten uzyskał już poparcie. Gdyby nie tchórzostwo SLD już dobrych kilka lat cieszylibyśmy się w Polsce możliwością formalizacji naszych związków. Rację ma Devine pisząc, że klęskę projektu zawdzięczamy tylko i wyłącznie Sojuszowi Lewicy Demokratycznej - partii bezpodstawnie posługującej się słowem "lewica" w swojej nazwie. Myśle jednak, że polscy geje i lesbijki pamiętają o prof. Szyszkowskiej i jej działalności społecznej na rzecz równouprawnienia. Ja pamiętam. Odnosząc się do kwestii braku zaproszenia ze strony organizatorów Europride dla prof. Szyszkowskiej to jest rzeczywiście fatalne faux pas, jeśli zaproszenia takie były kierowane do innych polityków i znanych osób. Nie jest mi to jednak znane. Bardzo szkoda, że prof. Szyszkowska nie wzięła udziału w paradzie mimo braku zaproszenia. Jej obecność byłaby dużym wsparciem, a także sygnałem dla polskich gejów i lesbijek, że jest z nami i nadal popiera nasze dążenia. Myślę, że prof. Szyszkowska nie potrzebuje zaproszenia organizatorów by być z nami w takim wyjątkowym dniu. Chyba jeszcze bardziej niż na samej paradzie brakowało mi udziału prof. Szyszkowskiej w debatach, które miały miejsce w Pride House. Mam tutaj duży żal do organizatorów o to. O ile w paradzie mógł wziąć udział każdy i zaproszenie nie było konieczne to by być prelegentem podczas okołoprideowych debat już tak.
We wpisie na blogu prof. Szyszkowskiej dostrzegam też pewne pozytywy. Świadczy on bowiem o tym, że profesor pamięta o nas i chętnie włączyłaby się w różnego rodzaju działania na rzecz praw osób homoseksualnych. Nie wyobrażam sobie, by organizacje gejowskie w Polsce mogły przegapić teraz ten sygnał.

Dorota Cecylia Karecka - Mniejszości, Europride i obrońcy tradycji

Entliczek pentliczek mniejszościowy stoliczek, okrągły, tęczowy i nagle... bęc... Nas jest więcej, was jest mniej.

Wyliczanka jak z przedszkola? Nie, z ulic polskich, z parlamentu, z ambon, ze szkół, z domów, z uczelni...

Jestem fajniejszy, równiejszy, właściwszy, bo mam takich samych jak ja, uśrednionych wizualnie, intelektualnie i emocjonalnie kolegów. Oni popierają mnie, ja popieram ich. Tworzymy jednozasadowe (zasada - lej odmieńca) i jednobezmyślne ciało (od myślenia jest Herszt bandy - nazywany przez „jednobezmyślnych" eufeministycznie Szefem, Dowódcą, Przywódcą - nazw tych jest bez liku, każdy może dopisać coś do tej listy). Wiemy lepiej, czujemy lepiej, mamy lepiej... więc po co to zmieniać?


Entliczek pentliczek kamieniem w policzek, zgniłym jajem w głowę i wtedy.. bęc...

Nas jest więcej, was jest mniej.

Inny - odmieniec, zboczeniec, chwast do wyrwania, podczłowiek do zagazowania. Najpierw odbiera mu się prawa, potem człowieczeństwo, na końcu - życie. Zawsze wygląda to podobnie. Tylko kolejność odbierania się czasami zmienia.


Entliczek pentliczek na oczach wstążka, w ręce waga, Temida jest ślepa... a wolność bęc.

Nas jest więcej, was jest mniej.

Obowiązki i owszem wypełniać należy, bo Państwo się obrazi, bo Państwo będzie egzekwować, bo trzeba, bo mus... Nikt nie pluje na pieniądze od homoseksualistów, nikt nie brzydzi się ich wziąć do ręki, wszyscy stosują zasadę „pecunia non olet" i jest dobrze... tym, którzy z nich korzystają. Czyli między innymi całej budżetówce (tak, tak, nawet ci skrajni prawicowcy tak nie znoszący tych „obleśnych zboczeńców" skwapliwie wyciągają łapy po ich podatki). A prawa? Jak to w Rzeczpospolitej Polskiej „nihil novi, mości panowie" - dla tych którzy je sobie wywalczą „krwią i blizną"... słabszych i/ lub mniej licznych. Tradycja nade wszystko!


Entliczek pentliczek przerażony człowieczek, ucieka w kanały, bity przez banały i z życia... bęc.

Nas jest więcej, was jest mniej.

Każdy się czegoś boi - jeden ciasnych pomieszczeń, drugi wysokości, jeszcze inny myszy. Fobii jest tyle, ilu ludzi chodzi po świecie. Najczęściej są to irracjonalne lęki, wytwory naszej wyobraźni, często dające wyleczyć się psychoterapią lub w cięższych przypadkach lekami psychotropowymi.

Czasami tę lęki nie są jednak wyimaginowane. Lęk przed agresywnymi, głupimi, nieempatycznymi ludźmi, ze sztywnymi zasadami i quasi wartościami, zatykającymi uszy i oczy przed argumentami innych, jest realny. Szczególnie, gdy tamci starają się egzekwować swoje poglądy siłowo. Niejeden „odmieniec" i „zboczeniec" w imię ideologii owych „prawych obywateli" wylądował w szpitalu. Niejeden popełnił samobójstwo. Męczennicy bez pamiątkowych zniczy.

„Kto jest bez grzechu, niechaj pierwszy rzuci kamień"... Jakże wielu jest u nas bezgrzesznych ludzi...


Entliczek pentliczek parada i znicze, krzyże, ich obrony, nad tęczą kraczą wrony i znowu... wolność bęc.

Nas jest więcej, was jest mniej.

„Obrońcy" krzyża pod pałacem prezydenckim głosili, że czynią to w imię wolności, ale to ICH wolność miała być, nie TAMTYCH, zboczeńców z parady. ICH wolność jest ta potrzebna, prawdziwa, katolicka, polska. Bo ONI słusznej sprawy bronią, a tamci tylko gzić się chcą i „Sodomę z Gomorą" wprowadzać między „bogobojne", „łagodne" i jakże „miłosierne" owieczki, co to nawet muchy nie skrzywdzą - no, najwyżej takiego zboczeńca jednego z drugim, co to wartości chrześcijańskie ośmiela się wcielać w życie swoje „chore", bo kochać się ośmiela wrażliwie i wiernie bliźniego swego... tej samej płci. Bo wartości te zbrukane być nie mogą. Miłość i wierność zarezerwowana wszak dla „lepszych", bo kochających według przykazań większości... sprzed tysięcy lat (gdy to Słońce wokół Ziemi krążyło, a kobieta jako że z żebra powstała, mniej niż wielbłąd przy przetargach znaczyła).


Entliczek pentliczek kaganek oświaty, różaniec, dwa światy... i nagle bęc.

Nas jest więcej, was jest mniej.

Każdy z nas jest mniejszością. Indywidualnością, którą inni starają się wycisnąć z samego siebie, by napełnić sobą. Wszak, jak twierdzą psychologowie, najbardziej lubimy tych, którzy są do nas podobni. Przeciętność jest w cenie. Odmieńcy wszelkiego rodzaju to zaburzenie SYSTEMU ŚREDNIEJ ARYTMETYCZNEJ. Chaos, którego należy się pozbyć.

Znam takich, którym przeszkadza nawet to, że ktoś nie lubi truskawek czy kotleta schabowego i usilnie starają się do nich przekonać, będąc święcie przekonanymi, że skoro oni je lubią, to wszyscy inni też - tylko o tym jeszcze nie wiedzą. Ale już oni ich „wyleczą".


Entliczek pentliczek... bęc...

wtorek, 27 lipca 2010

poniedziałek, 26 lipca 2010

Fota dla homofoba


Dedykuję wszystkim homofobicznym mendom. Cmoknijcie mnie w d...

Andrzej Osęka - Męczeńska nienawiść

Antysemita wie, że musi maskować agresję wobec Żydów. Homofob się nie krępuje, wali prosto z mostu: pedały, sodomici!

W grudniu 2008 roku rektorzy jedenastu białostockich uczelni wystosowali wspólne oświadczenie potępiające rasizm, który – jak oceniali – nasilał się w ich mieście. Inicjatorem wystąpienia był prof. Jacek Nikliński, rektor Akademii Medycznej. Jej ciemnoskórzy studenci wielokrotnie padali ofiarą aktów ksenofobicznej agresji. Białystok nie jest tu wyjątkiem. Podobne incydenty odnotowano w wielu miastach Polski, m.in. w Opolu (ofiara to Pape Samba Ba z Senegalu), we Wrocławiu (student z Kamerunu), w Gorzowie (przedstawiciel firmy Philips z Singapuru), w Elblągu (lekarz z Nigerii), w Szczecinie (Jules D. z Wybrzeża Kości Słoniowej), w Węgajtach (aktor z Maroka), w Gdańsku (student z Somalii).

„Dla was morderca – dla nas bohater”

Pape Samba Ba, piłkarz Odry Opole, powiedział prasie, że od początku pobytu w Polsce niemal codziennie spotyka się z rasistowskimi zaczepkami w rodzaju „Polska dla Polaków” czy „wynocha do Afryki”. Kibice różnych klubów sportowych prześladują ciemnoskórych zawodników na wiele sposobów: rzucają w nich bananami, wydają dźwięki podobne – ich zdaniem – do głosu małp. 29-letni wrocławianin Łukasz K. napastował w autobusie dwóch czarnych chłopców (bił, groził śmiercią). Wezwanej policji tłumaczył, że ma takie poglądy.

Również racjami światopoglądowymi uzasadniali działacze Obozu Narodowo-Radykalnego to, że na ulicach wielu miast rozlepili plakat sławiący Eligiusza Niewiadomskiego, fanatycznego nacjonalistę, który w 1922 roku zamordował prezydenta RP Gabriela Narutowicza. Napis na plakacie brzmiał: „Dla was morderca – dla nas bohater”. Była to więc gloryfikacja nacjonalizmu w jego postaci skrajnej, dopuszczającej mord polityczny.

Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii Otwarta Rzeczpospolita wysłało do prokuratur we wszystkich miejscowościach, w których pojawiły się plakaty, zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa z artykułu 255. kodeksu karnego, którego paragraf 3 przewiduje za pochwałę zbrodni sankcje do roku więzienia włącznie. Żadna z prokuratur nie podjęła śledztwa i każda tłumaczyła to w inny sposób. Powtarzając sformułowania ze strony internetowej ONR, przedstawicielka gdańskiej Prokuratury Rejonowej oświadczyła, że zamach Niewiadomskiego był „mniejszym złem, próbą ratunku zagrożonego państwa”, choć nie zdołała wskazać na żadne konkretne zagrożenie.

Prokurator z Sieradza nakłaniał, by „inaczej podejść do oceny takich czynów przestępczych popełnionych z pobudek politycznych, które mają charakter kontrowersyjny i do dziś trwa dyskusja w kwestii ich oceny”. Andrzej Smosarski ze Stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita zwraca uwagę, że naukowcom nic o takiej dyskusji nie wiadomo.

W Polsce „przestępstwa na tle nienawiści” przybierają niepokojące rozmiary

W świetle prawa Eligiusz Niewiadomski jest zabójcą skazanym i straconym za swój czyn. W pewnych środowiskach kulturowych i politycznych pozostaje on natomiast idolem, uosobieniem bezpardonowej walki z obcymi, myślącymi inaczej. Z mniejszościami narodowymi, które jakoby przesądziły o wyborze Narutowicza.

Od co najmniej kilkunastu lat wzrastają w Europie nastroje rasistowskie, antysemickie i ksenofobiczne. Dowodzą tego wyniki badań i analiz przeprowadzonych m.in. przez Europejską Komisję przeciwko Rasizmowi i Nietolerancji Rady Europy (ECRI) oraz Agencję Praw Podstawowych UE. Raport „Dla tolerancji” przygotowany przez Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita jednoznacznie wskazuje, że również w Polsce „mowa nienawiści” i „przestępstwa na tle nienawiści”
przybierają formy i rozmiary niepokojące.

W Polsce przy współpracy międzynarodowej uruchomiono przed dwoma laty program „Przeciwdziałanie nietolerancji”. W jego ramach Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita przygotowało kilka publikacji, które ukazują na przykładach z ostatnich lat charakter i rozmiary zjawiska. W tekstach tych przeważa ton otwarcie dydaktyczny, mają one bowiem służyć pomocą społecznikom, którzy w imię dobra ogólnego będą chcieli przekonywać współobywateli, że innych nie należy się bać ani nimi pogardzać, że można z nimi współżyć, a nawet ich polubić.

Debata podsumowana w publikacji „Mowa nienawiści a wolność słowa” dotyczyła głównie dwóch artykułów kodeksu karnego, odnoszących się do nietolerancji. Art. 256. „Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”. Art. 257. „Kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości lub z takich powodów narusza nietykalność cielesną innej osoby, podlega pozbawieniu wolności do lat 3”.

Zwrócono uwagę, że aparat sprawiedliwości jest szczególnie ostrożny w ściganiu i karaniu aktów nietolerancji. Tam, gdzie wykroczenie z paragrafów 256 lub 257 łączy się z przewinieniem pospolitym, prokuratura działa z całą surowością. I tak na przykład za rozklejenie paru karteczek ze swastykami można dostać wyrok bezwzględnego więzienia z artykułu o zaśmiecanie przestrzeni publicznej. Zdarzyło się natomiast, że gdy w opublikowanej książce (w relacji brak danych bibliograficznych) autor wzywał wprost do bicia Żydów, składającemu zawiadomienie o przestępstwie prof. Jerzemu Tomaszewskiemu pani prokurator odpowiedziała, że nie może nadać sprawie biegu, ponieważ profesor nie jest osobą poszkodowaną.

„Wyzwolimy Polskę od euro-zdrajców, Żydów, masonów i rządowej mafii”

Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał z kolei, że publikacja „Dobry humor”, w której czarnoskórych nazywa się „oponami” oraz używa takich zwrotów, jak: „spieprzaj, Murzynie, to lokal dla białych”, nie zawiera cech przestępstwa, gdyż odwołuje się do „przeciętnej wrażliwości społecznej, która zwyczajowo akceptuje w Polsce takie żarty”. Złą sławę zyskała uchwała Sądu Najwyższego z 5 lutego 2007 roku, zatwierdzająca stanowisko sądów niższej instancji. Zgodnie z nim osoba, która niosła w pochodzie transparent z hasłem: „Wyzwolimy Polskę od euro-zdrajców, Żydów, masonów i rządowej mafii”, nie nawoływała do nienawiści na tle narodowościowym.

Do nawoływania zdaniem sądu doszłoby, gdyby na transparencie widniało nie „wyzwolimy”, lecz „wyzwólmy”. W niejednym już wykrętnym orzeczeniu sędziowie odwoływali się do kazuistyki zawartej w owej uchwale. We wspomnianej debacie Otwartej Rzeczpospolitej prof. Monika Płatek w pewnym sensie tłumaczy bezradność prokuratorów i sędziów wobec artykułów 256. i 257. kk tym, że „oni po prostu wywodzą się z naszego społeczeństwa, są przeciętnymi obywatelami”. Dla „przeciętnego obywatela” nakaz tolerancji nie jest bynajmniej podstawą umowy społecznej, często pozostaje niezrozumiały.

Idąc dalej tym tropem, niektórzy uczestnicy debaty proponowali wykreślenie wspomnianych, w praktyce niemal martwych, artykułów z kodeksu karnego i zastąpienie ich szeroką akcją edukacyjną. Pokrzywdzonych należałoby odesłać do kodeksu cywilnego. W sposób bardzo stanowczy sprzeciwił się tym utopijnym pomysłom prof. Maciej Geller. „Nienawiść – powiedział – jest problemem światowym i państwo powinno dać sygnał, właśnie w kodeksie karnym, że to nie jest tylko sprawa cywilna obywateli, ale że to jest sprawa państwa”.

Wszczętych z urzędu spraw z oskarżenia o „mowę nienawiści” i „zbrodnie nienawiści” jest niewiele. Zazwyczaj zawiadomienia o przestępstwie z artykułów 256. i 257. składają prywatni obywatele lub organizacje pozarządowe, takie jak Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita czy Stowarzyszenie Nigdy Więcej. Walczący z nietolerancją i nienawiścią muszą toczyć boje z opędzającymi się od nich policjantami i prokuratorami, by podjęto śledztwo, by sprawa znalazła się na wokandzie, by nie umorzono jej ze względu na „małą szkodliwość społeczną”.

Homofob się nie krępuje, wali prosto z mostu: pedały, zboczeńcy, zboki, sodomici.

Państwowy wymiar sprawiedliwości nie jest jednak i nie powinien być ich wyłącznym partnerem. Nie chodzi bowiem tylko o to, by doprowadzić rasistę przed oblicze prawa. Czasem nie da się tego zrobić, bo rasistę (antysemitę, agresywnego homofoba) chroni immunitet poselski lub suknia kapłańska. Ogromne, nie do przecenienia znaczenie ma jednak samo upublicznienie rasistowskiego wyczynu, nadanie odpowiedniego rozgłosu czyimś ksenofobicznym poglądom. Według niezapomnianych słów Czesława Miłosza chodzi o „spisywanie czynów i rozmów”.

Zgodnie z nazewnictwem obserwatorów patologii społecznych będzie to „monitorowanie” takich zjawisk jak zbrodnie nienawiści, aktywność grup rasistowskich, publikacje i programy rasistowskie w mediach. Znakomitym przykładem takiego monitoringu była książka Magdaleny Tulli i Sergiusza Kowalskiego „Zamiast procesu” poświęcona antysemityzmowi w polskich gazetach.

Najbardziej skuteczne i najpotężniejsze na świecie instytucje monitorujące „hate speech” i „hate crime” to amerykańskie organizacje pozarządowe American Civil Liberties Union (ACLU) i Southern Poverty Law Center (SPLC). Obie organizacje prowadzą otwartą wojnę z Ameryką rasistowską. Przeżyły wiele zamachów terrorystycznych na swoje obiekty i na działaczy, ale też odniosły niezliczone zwycięstwa, ciche i spektakularne, jak doprowadzenie w roku 1987 do bankructwa i likwidacji United Klans of America – ogólnoamerykańskiej centrali Ku-Klux-Klanu.

To między innymi dzięki takim inicjatywom obywatelskim, jak ACLU i SPLC Ameryka stała się, wbrew oczekiwaniom, nieporównanie mniej rasistowska niż pół wieku temu. Okazało się nawet, że Barack Obama może zostać wybrany na prezydenta. Niemożliwe natomiast stało się wystąpienie deputowanego, który na posiedzeniu Kongresu powiedziałby, że wybór prezydenta o kolorowej skórze oznacza „koniec cywilizacji białego człowieka”. W USA taki polityk byłby skończony. W Polsce autor tych słów, Artur Górski, nadal jest członkiem klubu poselskiego Prawa i Sprawiedliwości.

Uczestnicy zorganizowanej przez Otwartą Rzeczpospolitą debaty wokół artykułów 256. i 257. kodeksu karnego jednomyślnie ocenili, że brakuje w tych artykułach odniesienia do homofobii jako formy szerzenia nienawiści i że należy dokonać w kodeksie odpowiednich uzupełnień. Antysemita wie, że w wystąpieniach publicznych musi maskować agresję wobec Żydów, musi kluczyć, szukać określeń zastępczych („pewna nacja”), szyfrów (wtrącone: „aj-waj”). Homofob się nie krępuje, wali prosto z mostu: pedały, zboczeńcy, zboki, sodomici. Wie, że za pobitym lub znieważonym Żydem mogą się ująć ludzie niechętni antysemityzmowi, pamiętający o obecności Żydów w kulturze polskiej, o Holokauście. Wstawienie się za prześladowanym gejem wydaje się niezręczne, jakby ośmieszające.

Zaczepianie idących w pochodzie Żydów jest rzeczą rzadko spotykaną, bo niebezpieczną. Gejowskie Parady Dumy i Marsze Tolerancji napadane są natomiast przez ogolonych na łyso obrońców rodziny i wartości chrześcijańskich niemal za każdym razem. W maju 2009 roku krakowski Marsz Tolerancji zaatakowały dwie kontrmanifestacje zorganizowane przez Młodzież Wszechpolską i Narodowe Odrodzenie Polski. Ich członkowie rzucali w uczestników pomidorami, butelkami i krzesłami oraz wznosili okrzyki: „Każdy to powie, nie chcemy gejów w Krakowie”. – Homoseksualiści zasługują w naszym kraju na prawną ochronę w nie mniejszym stopniu niż Żydzi. A nawet w większym, bo to większy, realny problem społeczny – stwierdził Sergiusz Kowalski we wspomnianej debacie.

Ksenofobiczna nienawiść w Polsce nie przygasa, zmienia tylko barwy. Z braku rozpoznawalnych Żydów na ulicach coraz gorliwiej rozbija się kamienie na cmentarzach żydowskich (Suwałki, Białystok, Łosice etc.), rysuje na murach swastyki i powieszone gwiazdy Dawida. Nowymi celami ataków stają się czarnoskórzy piłkarze, studenci, kupcy. Wymarzonym obiektem nienawiści i agresji okazał się gej, który sam się ujawnia.

Język nienawiści nie opiera się jednak obecnie na biblijnym „tak – tak, nie – nie”. Wezwanie do nienawiści ubiera się w szaty świętego oburzenia i patriotyczny patos. Sypią się pospolite zniewagi: „łajdacy”, „złodzieje”. Poeta pisze: „Nie można oddać Polski w ręce jej złodziei/ Którzy chcą nam ją ukraść i odsprzedać światu”. Biskup mówi o „złych siłach w Polsce, wyobcowanych z Narodu”. Niemal każdy z nienawistników odwołuje się do pamięci o grobach Katynia. Narastająca, kumulująca się nienawiść przybrała pozę męczeńską.

Filmowo - Zabiłem moją matkę/All you need is love/Nagle zeszłej zimy

Kolejny wieczór upłynął mi bardzo filmowo. Wszystkie filmy gorąco polecam.

1. Zabiłem moją matkę (Kanada 2009) - polecam ze względu na doskonałe dialogi, emocjonalność, prawdziwość i naturalność. Film Xaviera Dolana opowiada historię nastoletniego geja i jego burzliwych relacji z matką, przepełnionych miłością przeplatającą się z nienawiścią. Film warto obejrzeć też ze względu na Xaviera Dolana, który gra główną rolę, a jeszcze bardziej ze względu na François Arnaud grającego jego chłopaka. Bardzo podoba mi się sposób w jaki pokazano ich związek - w końcu normalnie i bezproblematycznie, jako dojrzały związek dwóch świadmych siebie i pewnych swoich uczuć nastolatków. Szczerze mówiąc nudzą mnie już coming out'owe historie, a film Xaviera Dolana pozwala odpocząć od takich wątków.






2. All you need is love (Niemcy 2009) - polecam ze względu na upór głównych bohaterów w dążeniu do spełnienia swoich marzeń i chwytający za serce happy end. Film opowiada historię pary berlińczyków, którzy postanawiają się pobrać w małej miejscowości w Bawarii, skąd pochodzi jeden z nich. Warto czekać na koniec, który choć może wydać się nieco kiczowaty i naiwny to jednak bardzo romantyczny i dodający wiary w to, że wszystkie problemy są do pokonania. No i jest się pewnym, że miłość jest wszystkim się potrzebuje. Ogólnie film optymistyczny, romantyczny, genialnie ośmieszający wszystkie homofobiczne uprzedzenia.



3. Nagle zeszłej zimy (Włochy 2007) - polecam ze względu na to, że jest to po prostu świetny dokument. Zimą 2006/2007 r. rządząca wówczas we Włoszech centrolewicowa koalicja wystąpiła z projektem ustawy, która regulowałaby status prawny konkubinatów, także jednopłciowych. Żyjąca ze sobą od ośmiu lat para trzydziestopięciolatków, Gustav Hofer i Luca Ragazzi postanowiła sprawdzić, z jakim odzewem spotkał się ów projekt w kraju, w społeczeństwie, w świecie polityki, w Kościele katolickim, jak wpłynął na ich własne życie. Twórcy odbyli rozmowy z parlamentarzystami, z ministrami, z przywódcami i uczestnikami ruchów religijnych, ale też z przypadkowymi ludźmi na ulicy. Chodzili z kamerą na parady gejowskie, na faszystowskie marsze, zarejestrowali wiece przeciwników ustawy. Skierowali obiektyw także na samych siebie – to oni są głównymi bohaterami i narratorami filmu. Powstał żywy i dowcipny dokument, pokazujący jednak kilka niewesołych prawd, chociażby tę, że Włochy wciąż znajdują się w cieniu Watykanu. Gdyby nie język narracji możnaby pomyśleć, że film kręcony był w Polsce.


niedziela, 25 lipca 2010

Nés en 68


Wczorajszy wieczór spędziłem oglądając francuską produkcję Oliviera Ducastel i Jacquesa Martineau Nés en 68 (Urodzeni w 68). Film to prawdziwa epopeja pokazująca losy głównych bohaterów na przestrzeni 40 lat wplecionych w główne wydarzenia społeczno-polityczne, jakie miały miejsce we Francji od zamieszek studenckich i rewolucję seksualną poprzez upadek muru berlińskiego, epidemię AIDS do czasów współczesnych. Nés en 68 to film o ideach, o marzeniach, o walce z losem, o ponoszonych porażkach i tkwiącej w ludzaich mimo to wiecznej nadziei na lepsze jutro. Jeśli ktoś nie miał okazji obejrzenia tego filmu to zachęcam do zrobienia tego.

sobota, 24 lipca 2010

Watykańskie gorące noce - wideo



Gardzę ludźmi, którzy z ambony pierdolą głupoty o tym, jakoby homoseksualizm był czymś złym, a jednocześnie jebią się na potęgę w darkroomach i zakrystiach. Nie od dziś wiadomo, że w środowisku kościelnym jest pełno homofobicznych kryptociot. Nie potępiam tego, że księża oddają się cielesnym uciechom, bo uważam, że prowadzenie życia seksualnego jest normalne i potrzebne. Potępiam tych, którzy wpierają ludziom ciemnotę o grzechu, podczas gdy sami własnym życiem udowadniają, że to całe gadanie o grzechu jest wielką bujdą. Gdyby wszyscy księża geje się ujawnili okazałoby się, że byłaby to być może największa gejowska organizacja. Dlatego jestem za outowaniem przypadków księży, którzy sieją propagandę nienawiści wobec osób homoseksualnych, a jednocześnie sami są gejami.

Aviva

Media tu i tam donoszą o nowej ofercie ubezpieczeniowej dla gejów i lesbijek przygotowanej przez Towarzystwo Ubezpieczeniowe AVIVA. Fajnie, że firmy widzą w nas target, że przygotowują oferty w których uwzględniają potrzeby homokonsumenta, ale w temacie ochrony ekonomicznej związku nic nie zastąpi jednak małżeństwa. Takie jest moje zdanie. I nie żadne żenujące rozwiązania w stylu PACS-ów (bo to jest rozwiązanie dobre dla rejestracji samochodu a nie związku) ale małżeństwa. Czas, by małżeństwa homoseksualne przestały być tematem unikanym przez organizacje gejowsko-lesbijskie w Polsce. Czas, by już nie mówiono głupot, że nie chcemy małżeństw, a jedynie związków partnerskich. Rzeczywistość pokazuje bowiem coś zupełnie innego. Chcemy małżeństw i chcemy pełnej równości. To, że jesteśmy skłonni zgodzić się na związki partnerskie wynika z tego, że nie wierzymy obecnie w poparcie tego postulatu przez polityków. Liczymy jednak, że w przyszłości będzie to możliwe. Jesteśmy skłonni zgodzić się na związki partnerskie oparte na zasadzie „separate but equal”, czyli równe w prawach i obowiązkach małżeństwom, a nie na PACS-y. Może zauważy to w końcu Grupa Inicjatywna ds. związków partnerskich.

Homoseksualna polityka jest zawsze osobista


Bardzo interesujący wywiad z Dustinem Lance Blackiem, scenarzystą filmu "Milk", został przeprowadzony dla TVN24. W rozmowie padło wiele zdań, pod którymi podpisałbym się obiema rękami. Dustin Lance Black powiedział to, co i ja wielokrotnie podkreślałem, a mianowicie, że jeśli nie staniemy przed ludźmi i nie powiemy, kim naprawdę jesteśmy, nie mamy szansy na równość. Okazją na pokazanie heteroseksualnemu światu siebie samych i naszych postulatów politycznych jest także parada. Jak mówi Black homoseksualna polityka jest zawsze osobista. Chodzi o nasze życie, miłość, partnerstwo. O możliwości kochania otwarcie, być może założenia rodziny, a pewnego dnia nawet posiadania ochrony dla tej miłości. Mam nadzieję, że wezmą sobie do serca jego słowa ci wszyscy geje i lesbijki, którzy boją się ujawnić swoją orientację, a przede wszystkim ci, którzy z niezrozumiałych dla mnie powodów nie uczestniczą w paradach i je krytykują za powielanie stereotypów. Prawda jest taka, że dopóki nie będziemy się publicznie i prywatnie ujawniać tak długo będą istniały stereotypy. Uprzedzenia biorą się z niewiedzy. Sposobem, żeby je pokonać jest ujawnianie się.
Bardzo podoba mi się to, co mówi Black o haśle tegorocznego Europride „Wolność Równość Tolerancja”: Poszedłbym dalej. Myślę, że pierwszym krokiem jest wolność – wolność do powiedzenia, kim jesteś, bycia tym, kim jesteś i czucia się z tym bezpiecznie. Równość - już jesteśmy równi, jeszcze nasi sąsiedzi muszą to zrozumieć, a żeby to zrobić, trzeba dokonać coming-outu, to podstawa. A tolerancja – ja nie chcę być tolerowany. Toleruje się osobę chorą albo uciążliwą, a ja chcę być akceptowany. Chcę być kochany. Wyzywam to ostatnie słowo, trzeba iść dalej.

piątek, 23 lipca 2010

Pat Condell

Pat Condell jest brytyjskim komikiem oraz pisarzem. Condell z powodu serii błyskotliwych monologów deprecjonujących religię, które umieszcza i rozpowszechnia na You Tube, stał się gwiazdą internetu, ikoną ateistów na całym świecie oraz postrachem a jednocześnie wrogiem religijnych fundamentalistów do katolicyzmu po islam. Filmy Condella zostały przetłumaczone na wiele języków, w tym także polski. Polecam każdemu do obejrzenia - wierzącym po to, by się otrząsnęli z religijnego obłędu, a ateistom, ponieważ Condell obnaża głupotę religii w wyjątkowo dowciwpny i inteligentny sposób. Z naprawdę wielką błyskotliwością pokazuje czym jest w rzeczywistości religia - zbiorową formą urojeń. Wszystkie filmy w polskiej wersji językowej można znaleźć na You Tube.

Ja polecam szczególnie następujące:





czwartek, 22 lipca 2010

Dorota Orylska - Mój list do Minister Radziszewskiej

Szanowna Pani Minister!

Zwracam się z postulatem, aby Pani odeszła ze stanowiska pełnomocnika rządu ds. równego traktowania. Nie jest Pani odpowiednią osobą na tym stanowisku, brak Pani odpowiednich kwalifikacji, a religijność ogranicza Pani pojmowanie rzeczywistości. Wypowiedź, jakiej udzieliła Pani „Polska Times” sugeruje, że nie zna Pani nawet konstytucji i z wielką niefrasobliwością i lekceważeniem wyraża o osobach homoseksualnych. Fakt, że na spotkaniu dla gejów i lesbijek była tylko jedna osoba świadczy o tym, że nie rozumie Pani problemu tych osób! To dyskryminacja powoduje, że ludzie nie przyszli, a nie brak problemów! Należałoby się zastanowić też nad sobą skoro do Pani jako pełnomocnika odpowiedzialnego za przeciwdziałanie dyskryminacji przychodzi tylko jedna osoba! Osobiście daje mi to wiele do myślenia, że środowiska, które powinny mieć w Pani obrońcę, unikają spotkania. Mam wrażenie, że jest Pani marionetką tego rządu . Do tego świadomą tego, że Pani zadaniem jest hamowanie akceptacji dla różnorodności! Bo tak to wygląda patrząc na Pani poczynania! Uważam, że nie na darmo osoby, które od dawna zajmują się problematyką mniejszości i dyskryminacją słusznie krytykowały Pani nominację na to stanowisko. Jest Pani osobą zupełnie spoza środowiska obarczoną katolickim spojrzeniem, które niestety bardzo Panią ogranicza i nie pozwala na wrażliwość, jakiej należałoby się spodziewać.

Dorota Orylska

Równość w Argentynie




Prezydent Argentyny - Cristina Fernandez de Kirchner podpisała w Casa Rosada w Buenos Aires ustawę nowelizującą kodeks cywilny i umożliwiającą zawieranie małżeństw przez osoby tej samej płci. Uroczystość miała bardzo podniosły charakter i zgromadziła wiele osób. Z utęsknieniem czekam na taki dzień w Polsce.

Radziszewska znów się kompromituje

Pani Elżbieta Radziszewska kolejny raz się kompromituje. W „Times Polska” błędnie interpretuje konstytucyjny zapis ochrony małżeństwa mówiąc, że „w rozumieniu prawa małżeństwa i związki partnerskie nie mogą mieć tych samych przywilejów”. To nie jest prawda. Konstytucja nic nie mówi o tym, że związki partnerskie nie mogą mieć tych samych praw. Czy naprawdę Pani Minister nie umie czytać?! Konstytucja mówi natomiast, że nikt nie może być dyskryminowany w życiu społecznym! Także osoby homoseksualne i pełnomocnik rządu odpowiedzialny za przeciwdziałanie dyskryminacji powinien to wiedzieć. Są wyroki sądów najwyższych w wielu państwach oraz wyroki w Strasburgu, które wyraźnie mówią o tym, że ochrona małżeństwa nie wyklucza formalizacji związków jednopłciowych i ich równouprawnienia. Wystarczy spojrzeć na wyrok niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego. Sugeruję też Pani Radziszewskiej spojrzeć w orzeczenia Trybunału w Strasburgu, który wyraźnie stwierdza, że jeśli państwo formalizuje związki homoseksualne to związki te nie mogą być dyskryminowane w stosunku do związków małżeńskich. Mówienie kłamstw przez Ministra jest niedopuszczalne. Bez względu na to, czy wypowiadane przez Panią Radziszewską głupoty są wynikiem jej niewiedzy czy też celową manipulacją podszytą homofobią, zachowanie jest takie jest dla nie j kompromitujące.
Dalej Pani Radziszewska mówi: „Ponadto, dlaczego nieformalne pary heteroseksualne mają nie mieć takich praw jak homoseksualne? Przecież nie wszystkie osoby heteroseksualne mają możliwość zawarcia małżeństwa.” To skandaliczne i żenujące słyszeć takie słowa. Pani Radziszewska dopuszcza się poważnej manipulacji. Nieformalne pary heteroseksualne mogą w każdym momencie sformalizować swój związek, a homoseksualne nie. Niedostrzeganie tej różnicy jest bezczelnością. I co ma oznaczać stwierdzenie, że nie wszystkie osoby heteroseksualne mają możliwość zawarcia małżeństwa? Prostując wyjaśnię, że nie mają prawa do zawarcia małżeństwa osoby blisko spokrewnione i nie mające zdolności do czynności prawnych. Nikt ze środowiska homoseksualnego nie żąda przecież, żeby związki homoseksualne mogły formalizować takie kategorie osób. Chcemy równości a nie przywilejów, jak usiłuje wmówić społeczeństwu polskiemu Pani Radziszewska. Nie dziwię się, że na spotkania z Panią Minister nikt nie chce przychodzić. Nie chodzi się dyskutować z faszystami o faszyźmie i tak samo z homofobami o homofobii. Pani Minister przynosi wstyd Państwu Polskiemu.

PS. Powyższy tekst wysłałem w formie listu do kancelarii premiera oraz Pania Radziszewskiej, podpisując się swoim imieniem i nazwiskiem oraz podając adres. Liczę na to, że inni też tak zrobią. Listy można wysyłać na adresy:


Kancelaria Prezesa Rady Ministrów
Biuro Pełnomocnika Rządu do Spraw Równego Traktowania
00-583 Warszawa, Al. Ujazdowskie 1/3
e-mail: bprt@kprm.gov.pl

Kancelaria Prezesa Rady Ministrów
00-583 Warszawa,
Al. Ujazdowskie 1/3
e-mail: kontakt@kprm.gov.pl


Dla tych, którzy nie mają pomysłu na własny list podaje wersję listu wysłaną przeze mnie. Wystarczy kilka ruchów myszków, kliknięcie, "kopiuj", "wklej" i gotowe w minutę.


Szanowna Pani Minister!


Z przykrością obserwuję, jak kompromituje Pani swój urząd i kraj. W „Times Polska” błędnie interpretuje Pani konstytucyjny zapis ochrony małżeństwa mówiąc, że „w rozumieniu prawa małżeństwa i związki partnerskie nie mogą mieć tych samych przywilejów”. To nie jest prawda. Konstytucja nic nie mówi o tym, że związki partnerskie nie mogą mieć tych samych praw. Konstytucja mówi natomiast, że nikt nie może być dyskryminowany w życiu społecznym! Także osoby homoseksualne i pełnomocnik rządu odpowiedzialny za przeciwdziałanie dyskryminacji powinien to wiedzieć. Są wyroki sądów najwyższych w wielu państwach oraz wyroki w Strasburgu, które wyraźnie mówią o tym, że ochrona małżeństwa nie wyklucza formalizacji związków jednopłciowych i ich równouprawnienia. Wystarczy spojrzeć na wyrok niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego. Sugeruję też Pani Radziszewskiej spojrzeć w orzeczenia Trybunału w Strasburgu, który wyraźnie stwierdza, że jeśli państwo formalizuje związki homoseksualne to związki te nie mogą być dyskryminowane w stosunku do związków małżeńskich. Mówienie kłamstw przez Ministra jest niedopuszczalne. Bez względu na to, czy wypowiadane przez Panią głupoty są wynikiem Pani niewiedzy czy też celową manipulacją podszytą homofobią, zachowanie jest takie jest dla Pani kompromitujące.
Dalej Pani mówi: „Ponadto, dlaczego nieformalne pary heteroseksualne mają nie mieć takich praw jak homoseksualne? Przecież nie wszystkie osoby heteroseksualne mają możliwość zawarcia małżeństwa.” To skandaliczne i żenujące słyszeć takie słowa. Pani dopuszcza się poważnej manipulacji. Nieformalne pary heteroseksualne mogą w każdym momencie sformalizować swój związek, a homoseksualne nie. Niedostrzeganie tej różnicy jest bezczelnością. I co ma oznaczać stwierdzenie, że nie wszystkie osoby heteroseksualne mają możliwość zawarcia małżeństwa? Prostując wyjaśnię, że nie mają prawa do zawarcia małżeństwa osoby blisko spokrewnione i nie mające zdolności do czynności prawnych. Nikt ze środowiska homoseksualnego nie żąda przecież, żeby związki homoseksualne mogły formalizować takie kategorie osób. Chcemy równości a nie przywilejów, jak usiłuje Pani wmówić społeczeństwu polskiemu. Nie dziwię się, że na spotkania z Panią Minister nikt nie chce przychodzić. Nie chodzi się dyskutować z faszystami o faszyźmie i tak samo z homofobami o homofobii. Pani Minister przynosi wstyd Państwu Polskiemu.

środa, 21 lipca 2010

Marcin Pietras - 7 dni dumy

Parada 2010. Największa jak dotąd, najbardziej kolorowa, widoczna, choć - jak wskazują krytycy - jednak rozczarowująco mała i bez konkretnego przekazu: politycznego wymiaru demonstracji bronić musiały prywatne osoby z hasłami na indywidualnie przygotowanych banerach, bo na platformach przeważają jednak logotypy i elementy zabawowe.

Paradzie zabrakło ram organizacyjnych. Podobno było przecinanie wstęgi przed wymarszem; Piotr Pacewicz opisuje w swym artykule przemówienia na zakończenie. Czemu w takim razie tylu komentatorów wypomina, że parada nie miała ani otwarcia, ni zamknięcia? Czy były aż tak ciche?

Podobnie z organizacją: spóźnienia, postoje, objazdy. Połowa platform z przodu, faktycznie niezła zabawa, potem tylko ludzie, i na końcu - pokazują to niektóre zdjęcia - kilka pozostałych platform, snujących się smutnym sznurkiem, już bez otoczenia tancerzy czy choćby maszerujących. Zważywszy, że wystawienie każdego wozu kosztowało duże pieniądze, także na konto organizatora, nie dziwi rozżalenie tych, którzy w organizacyjnym zamęcie wylądowali w ogonie.

Sam marsz przebiegł według schematu, ukonstytuowanego przez ostatnie kilka lat: bojówki przeciwników skupione na starcie, NOP-owcy i klerykałowie na skrzyżowaniu ze Świętokrzyską, gapie na Marszałkowskiej, wreszcie - życzliwe przyjęcie w bocznych ulicach, pozdrowienia z okien i balkonów, zwłaszcza na Pięknej, której mieszkańcy widywali nas dotąd chyba najczęściej.

Podobnie ewoluował ton relacji z imprezy w mediach, które początkowo skupiały się na poprzedzającym ją Marszu Grunwaldzkim i pierwszych incydentach, potem relacjonowały paradę coraz życzliwiej, by na końcu dojść do konkluzji, że geje, lesbijki i ich przyjaciele bawili się na ulicach Warszawy, jak na ich święto przystało.

Przyczółki ekspansji

A sami zainteresowani nie czekali bynajmniej ze świętowaniem do soboty. W organizacjach, zespołach artystycznych, klubach, inicjatywach z zapałem konstruowali własny festiwal. Jaskółkami były imprezy, inaugurowane na początku lipca jeszcze pod oficjalnym szyldem EP: wystawa Ars Homo Erotica w Muzeum Narodowym i EuroFilm Festiwal w Kinotece. Tak oto szacowne, mieszczańskie instytucje stały się przyczółkami do ekspansji.

Bo ekspansywnie w miasto wyszła tym razem nie tylko parada. Mapa Warszawy zaroiła się nagle od punktów, w których działy się rzeczy dla gejów i lesbijek co najmniej ciekawe. Zwłaszcza na ostatni tydzień tkanka miejska Warszawy została zawłaszczona przez społeczność LGBT, nigdy dotąd nie ujawniającą się w sposób tak widoczny. Punktem odniesienia stał się klub Krytyki Politycznej, Nowy Wspaniały Świat, w którego otwartych progach pod auspicjami KPH zagościło centrum informacyjno-towarzyskie PrideHouse.

Do przyczółków EP: PrideHouse'u, Muzeum, Kinoteki - dołączyły niebawem kolejne przybytki w centrum, w tym instytucje mieszczące się w Pałacu Kultury: Teatr Dramatyczny, gdzie zagościły wydarzenia inicjatywy artystycznej Pomada (to tu odbyło się starcie tytanów, Rafalali i Rysi Czubak), a potem Sala Kongresowa, w której śpiewały gejowskie chóry i wręczano Hiacynty. Konferencja GLBT-Business Leader Forum odbyła się w Hiltonie, Zieloni urządzili swoją w Sejmie, OPZZ - w swojej siedzibie na Kopernika. W położonym także bliżej Wisły klubie 1500m2 zagościł ze swoim prajdowym spektaklem Teatr Nowy oraz część wydarzeń Pomady, w tym impreza poparadowa.

Swą działalność znacznie ożywiły inne miejsca gay-friedly, w tym także nowe: 5-10-15, Almond, AmsterDam, Glam. Ilość imprez, imprezek, pokazów i projekcji w tradycyjnie życzliwych klubach i klubokawiarniach po obu stronach Wisły mogła przyprawić - i niejednego bywalca przyprawiła - o prawdziwy zawrót głowy.

Stołek i PrideHouse

Wszystko to, choć siłą rzeczy w dość ograniczonym zakresie, relacjonowane było w Gazecie Wyborczej. Stołeczne wydanie gazety - pieszczotliwie nazywane stołkiem - przez cały tydzień codziennie całostronicowe materiały poświęcało właśnie EP, podając także kalendarium najważniejszych wydarzeń. W tym zakresie ograniczano się właściwie głównie do PrideHouse'u i Pomady, którą gazeta wyraźnie sobie upodobała.

Jeśli dodać do tego mniej liczne, ale życzliwe omówienia w wydaniu ogólnopolskim, to prawdziwe mistrzostwo w porównaniu z pozostałymi tytułami, które nie zaanonsowały niemal żadnych wydarzeń kulturalnych EP nawet w swoich weekendowych dodatkach kulturalno-rozrywkowych. O postawie innych mediów, żądnych sensacji lub w najlepszym wypadku - ignorujących EP, w tym - niestety - także o warszawskiej odnodze plastikowej stacji, TVN Warszawa, lepiej zamilczeć, bardziej już nawet z litości, niż obawy o stan nerwów czytających te słowa.

Nie do końca można też było liczyć na próbę ogarnięcia całokształtu ze strony zawiadowcy całego eventu, Fundacji Równości. Informator Magazine towarzyszący imprezie, nie tylko raził przypadkowością składu i szaty graficznej, ale przede wszystkim - nieaktualnym czy wręcz mylnym kalendarium. Pod presją kosztów, organizatorzy skupili się na promowaniu głównych, prestiżowych wydarzeń komercyjnych, inne, czasem także własne, pozostawiając same sobie.

I tak na przykład w nawiązaniu do działań Muzeum, pokazy homotematycznych filmów w Iluzjonie zorganizowała Filmoteka Narodowa, która także wypożyczyła filmy Dereka Jarmana na projekcje w ramach wystawy Ars Homo Erotica i EuroFilm Festiwalu. Wydarzenia kinowe idealnie się uzupełniały (festiwal pokazywał głównie obrazy z lat dwutysięcznych, Iluzjon - archiwalne), konia z rzędem jednak temu, kto skojarzyłby marketingowo te dwa wydarzenia. W ten sposób niejedna inicjatywa utonęła w natłoku atrakcji, ale też zabrakło sensownej próby ogarnięcia i jednolitego podania do wiadomości naprawdę wszystkich.

Na szczęście istnieją portale społecznościowe, na których nie brakło bieżących informacji. W realu natomiast na autentyczne centrum informacyjne EP udało się wykreować PrideHouse. Jego sprawna organizacja i rzetelność zadała kłam, jakoby niemożliwością było stworzenie sprawnego i kompetentnego zespołu wolontariuszy LGBT. Do godziny 20.00 KPH dysponowała w NWŚ stoiskiem w hallu i na zewnątrz oraz salami na panele, spotkania i projekcje. Po 20.00 klub prezentował własne prajdowe atrakcje kulturalne, masowo nawiedzane, tak z racji na swą atrakcyjność, jak i często – darmowość.

Przez cały dzień wokół budynku unosiła się sprzyjająca aura, w której okazywało się, że pary jednopłciowe mogą chodzić za rękę, a wolontariusze bez przeszkód nagabywać przechodniów, rozdawać informatory i ulotki. Nad wejściem do kamienicy uroczyście powiewała wielka, tęczowa flaga (zrywana co najmniej dwukrotnie przez 'nieznanych sprawców'). W ogródku zaś kwitło życie towarzysko-kurtuazyjne, tu rozmówki przy napojach chłodzących prowadzili w zgodzie przedstawiciele wszelkich frakcji ruchu gejowsko-lesbijskiego.

Pod presją pieniądza

O ile całe dnie można było spędzać na wydarzeniach festiwalowych, które w większości ściągały ofertą artystyczną, intelektualną i darmowym dostępem sporą publiczność, to po zapadnięciu zmierzchu EuroPride przybierało - przynajmniej oficjalnie - bardziej komercyjne oblicze. Tak kosztowne przedsięwzięcie musi się też przecież zbilansować, niestety potwierdziła się teza, że w geje i lesbijki w Polsce niechętnie wydadzą większe pieniądze na typowo 'branżowe' wydarzenia.

Nie do końca sprawdziła się formuła EuroFilm Festiwalu. Tylko 4 tytuły pojawiły się w programie jako nowości. Resztę warszawska publiczność miała okazję oglądać od stycznia w ramach Czwartków LGBT, i te projekcje cieszyły się sporą frekwencją. Przeliczył się jednak, kto liczył na sprzedanie tych samych tytułów jeszcze raz, zapewne w nadziei, że EP zwabi do stolicy dużo więcej gości - na powtórkowych seansach zjawiało się średnio około 20 widzów. Niemniej spotkania w Kinotece weszły na stałe do branżowego kalendarza i należy mieć nadzieję, że zgodnie z zapowiedzią od września zostaną wznowione.

Nie zarobiła Fundacja na współpracy z biurami turystycznymi. Zarezerwowane z dużym wyprzedzeniem spore pule pokoi w stołecznych hotelach zostały zwolnione już na kilka tygodni przed imprezą. Spektakularnymi niewypałami okazały się biletowane imprezy: wieczór z chórami gejowskimi (sprzedała się 1/10 trzytysięcznej sali) czy występ Boya George'a w praskim M25 (kilkadziesiąt osób). Nie dość, że nie przyjechał śpiewać, tylko dj'ować, to jeszcze przed weekendem, w czwartek, i w dodatku spóźniony. Wobec powyższego trudno przyjmować, żeby masowym powodzeniem cieszyły się 'złote karty' lojalnościowe EP, warte kilkaset złotych.

Nietrafiony był też pomysł, by oficjalny koncert poparadowy mało znanych wykonawców rozpoczynał się niemal od razu po wyczerpującym marszu, o godzinie 18.00. Co złośliwsi twierdzili, że to właśnie z tego względu tak znacznie okrojono trasę i tak już spóźnionego marszu. Tymczasem lata ubiegłe pokazują, że jego uczestnicy mają problemy z dotarciem na występ prawdziwych gwiazd na godzinę 20.00. Nie mówiąc już o tym, że w perspektywie płacenia za wejście, często wolą za te same pieniądze wybrać się jednak do klubu.

Dwa wymiary nocy

A w tym roku rzeczywistość klubowa wyraźnie się podzieliła. Na tę codzienną, tutejszą, z dobrze znanymi Toro, Lodi Dodi, Fantomem i Utopią, do których ostatnio śmiało dołączył położony w centrum miasta klub Glam z darmowym wejściem, dla której przeciwwagą stała się oferta skrojona wyraźnie pod zamożniejszych, zagranicznych gości. Niektórzy przecierali oczy ze zdumienia, ile klubów w Warszawie przylepiło sobie na tę okoliczność łatkę 'branżowych'.

Fundacja sprzymierzyła się z przedsięwzięciem jednej z agencji marketingowych, jakie funkcjonowało od kilku jakiegoś czasu pod szyldem Candy Andy. Comiesięczne imprezy rodem z kolorowych czasopism anonsowane były poprzez grupę na Facebooku i odbywały się rotacyjnie w nowocześnie urządzonych klubach, najczęściej w The Nine nieopodal Zachęty. Pełniły funkcję wystawnego biforu, już około pierwszej-drugiej w nocy wystylizowana publiczność odpływała w inne miejsca, przedtem jednak dając się starannie obfotografować do albumów internetowych.

Podczas EuroPride odbyły się dwie kolejne edycje CA: w LaPlaya i Loft44, z udziałem gości zaproszonych aż z USA. Piątkową swoim udziałem uświetniła ikona Davida Lachapelle, silikonowa Amanda Lepore, natomiast w sobotę - dragowa ikona Internetu, Sherry Vine. Tu też pojawili się celebryci, z oskarowym scenarzystą Milka, Dustinem Lancem Blackiem na czele. Tym razem jednak za przyjemność uczestniczenia w Candy Andy Party i zrobienia sobie fotki ze znanym nazwiskiem kosztowała. W dniu imprezy nawet 100 złotych. Trudno więc dziwić się, że na licznych zdjęciach z tych eventów trudno wypatrzyć dużo więcej twarzy, niż stałych jej bywalców i 'zaproszonych gości'.

"Tradycyjne" warszawskie kluby nie przyłączyły się oficjalnie do EuroPride. Mówiło się nawet o buncie i urządzeniu przez nie anty-parady, ale powody są zapewne bardziej prozaiczne - i tak są co weekend pełne do granic swojej przepustowości. Za prawo do logo EP musiałyby sporo zapłacić, co mija się z celem, skoro w trakcie imprezy zainteresowanie nimi i tak wzrosło. Nie potrzebowały dodatkowej reklamy, mogły za to dyktować warunki, i niektóre faktycznie - podniosły ceny tak wejściówek, jak i alkoholi.

I nie przeliczyły się: w środku nocy pękały w szwach. Ale podobnie było też na Nowym Świecie, alternatywnej Pradze czy Powiślu, gdzie - zwłaszcza w sobotę - udaną paradę świętowali jej uczestnicy i animatorzy paraeuroprajdowych wydarzeń, ze wspomnianą Pomadą na czele.

Co na to Warszawa?

Im bliżej samej parady, tym częściej urzędnicy konfrontowani byli z protestami jej przeciwników, a z drugiej strony - z wyrzutem Fundacji, a później także zarzutem naczelnego Stołka, Seweryna Blumsztajna, że EuroPride to dla stolicy ogromna zmarnowana szansa promocyjna - poza dofinansowaniem QueerWarsaw (anglojęzycznego wydania HomoWarszawy), miasto nie wsparło finansowo ani organizacyjnie przygotowań do imprezy.

Niektórzy wyrzucają także pani prezydent, że wzorem swoich zachodnich kolegów-burmistrzów, nie weźmie udziału w uroczystości otwarcia. W obu przypadkach ratusz zasłonił się procedurami - pieniądze mógłby dać, gdyby Fundacja stanęła w konkursie, a pani Hanna z zasady nie uatrakcyjnia imprez masowych. Uczciwie trzeba oddać, że gdyby jednak otworzyła EP, wzbudziłaby wśród części środowiska równą niechęć, jak u innych - gdy tego nie zrobiła. Trudno się jednak nie zgodzić, że Fundacja Równości miała dość czasu, by podjąć próbę jakiegokolwiek dialogu z miastem czy stanąć do konkursu, by EP choć po części mogła stać się także jego świętem.

Niezależnie od braku takich zabiegów, Warszawa po raz kolejny dowiodła, że nie jest postrzegana jako atrakcyjna turystycznie. Nawet ułomnie skonstruowana oferta partnerów Fundacji (Mazurkas Travel) oraz zarzucana im niedostateczna promocja imprezy, nie powinna w dobie internetu stanąć na przeszkodzie chętnym gejom i lesbijkom z zagranicy. O zmarnowanym potencjale świadczy dobitnie kolejny (tym razem obcojęzyczny), kilkugodzinny spacer śladami HomoWarszawy, na którym jak poprzednio zjawiło się i w upale wytrwało około 150 osób. Ostatecznie obecność cudzoziemców szacuje się na połowę uczestników parady, co i tak należy uznać za spory sukces.

Podobnie jak konstatację, że miasto okazało się w ostatnim tygodniu tak dla nich, jak i swoich homoseksualnych mieszkańców, nader przyjazne. Poza incydentami zerwania tęczowej flagi z PrideHouse i kontrowersjami wokół śmiałego plakatu Pomady (z przypadkiem autocenzury podczas imprezy w AmsterDamie włącznie), niechęć wobec EuroPride skoncentrowała się jak zwykle wyłącznie wokół samego marszu i jego idei.

To, że okazała się agresywniejsza, niż w latach ubiegłych, dowodzi tylko, że o imprezie faktycznie dużo się mówiło, zapowiadało sporą frekwencję - geje i lesbijki skutecznie wdarli się do świadomości swoich przeciwników, i zaniepokoili ich swoją aktywnością, uśpioną marazmem lat poprzednich. Tu jednak znów miasto wykonało ruch bilansujący - ochrona policji okazała się skuteczna, a fakt, że większość funkcjonariuszy na trasie przemarszu ubrana była po cywilnemu i bardziej stosownie do pogody, sprawił tylko, że nawet w żółtych kamizelkach byli mniej zauważalni, wtopili się w paradny tłum, nie izolując go, a raczej stając jego częścią.

Koniec końców na poczet wymiernych strat zapisać należy jednego rannego uczestnika (członka jednego z chórów) oraz policjanta. To chyba nieźle, jak na homofobiczne państwo i miasto, przez które bez większych zakłóceń przeszła - wliczając gapiów - 10-tysięczna 'kontrowersyjna' demonstracja.

Krajobraz po EuroPride

W podsumowaniach samej Parady jako centralnego wydarzenia minionego tygodnia pojawia się ton rozczarowania: brakami organizacyjnymi, promocyjnymi (słynna akcja rzucania ostatnim jajkiem w pedała), a w końcu - jej liczebnością. I pewnie słusznie, bo niezależnie od organizatorów, którzy mamili liczbami rzędu 100.000 uczestników, każdy z nas ma w głowie doniesienia o milionowej frekwencji na zachodnioeuropejskich edycjach imprezy.

Już teraz pojawiają się głosy, rozliczające z niefortunnych efektów organizatora parady, Fundację Równości. Niezależnie jednak od wniosków i konsekwencji, jakie przyniosą, ubiegły tydzień zaliczyć należy do najważniejszego w tym roku, o ile nie przełomowego dla ruchu LGBT w Polsce. Mimo że skończyło się na oficjalnych 8.000, dzięki wyobrażeniom o skali EuroPride i nadziei, jakie ze sobą niosła, stała się rzecz bardzo ważna: doszło do przebudzenia, wysypu inicjatyw pozaorgowych i pozainstytucjonalnych, które złożyły się na duży i różnorodny festiwal gejowsko-lesbijski z prawdziwego zdarzenia.

Co więcej: mimo że niszowy, dla przeciętnego warszawiaka więcej niż alternatywny, to doskonale w mieście widoczny - w prasie, na plakatach, w przestrzeni miejskiej, w autobusach. Geje i lesbijki, wyszli na ulice nie tylko na chwilę, w sobotę, ale na całe kilka dni. Zaznaczyli swoją obecność w ważnych punktach miasta: w Muzeum, Pałacu Kultury, na Nowym Świecie, stacjach kolejki miejskiej. Na koniec stawili się w upale na największej - mimo wszystko - dotąd demonstracji swojej wielobarwnej dumy.

I obyśmy to właśnie z tego tygodnia zapamiętali: kilka dni przepełnionych naszymi wydarzeniami i pozytywną energią, kiedy mimo skwaru w mieście chodziło się i oddychało jakoś swobodniej. Okazuje się, że u nas też można więcej. Nagabywani po imprezie cudzoziemcy mówili, że o rozczarowaniu nie ma mowy. Właśnie tu i teraz poczuli, że "being gay" w Polsce wciąż jeszcze coś znaczy.

I dokładnie tego uczucia nie wolno nam zmarnować.


PS. Powyższy artykuł to najpełniejsze i najtrafniejsze podsumowanie warszawskiego Europride jakie do tej pory przeczytałem. Po nim nie mam już nic do dodania. (Hyakinthos)

wtorek, 20 lipca 2010

:)



Oł fak! Mła na zdjęciu w gazecie! Muszę powiesić w robocie!

Magdalena Dubrowska - Czy parada EuroPride w Warszawie się udała?

Daleko nam do Madrytu i Paryża. Ale kiedy pod koniec parady zagadnęłam grupę Niemców, czy nie są rozczarowani tak małym marszem, oświadczyli, że dawno nie byli na równie wyjątkowej i przyjaznej paradzie.


Festiwal poprzedzający największą w Europie paradę mniejszości seksualnych zaczął się serią niewypałów. Happening "Rzuć jajkiem w pedała" oprotestowany przez część środowiska LGBTQ. Afera o papieskie hasło na plakatach. Na szumnie zapowiadany set didżejski Boya George'a do klubu M25 przyszło chyba czterdzieści osób. Dwie godziny po zaplanowanym początku imprezy goście dostali informację, że właśnie ktoś jedzie po George'a na lotnisko, a po kolejnych dwóch, że gwiazda robi makijaż. Jedna z debat nie odbyła się, bo nikt nie przyszedł. W Muzeum Narodowym, które z okazji EuroPride przygotowało wielką wystawę sztuki homoerotycznej, jak powiedziała nam jego pracowniczka, ruch nie zwiększył się znacząco. Na chóry gejowskie wykupiono ok. 300 biletów, choć Sala Kongresowa ma prawie 3 tys. miejsc.Organizatorzy wiedzieli, na co się decydują, kiedy podejmowali się przeprowadzenia tak wielkiej imprezy, ale też nie mogli się tego nie podjąć. Dla polskich gejów i lesbijek to prestiż i przywilej. A stowarzyszenie organizatorów EuroPride wybrało na gospodarza kraj postkomunistyczny, żeby zwrócić uwagę świata, że prawa człowieka są wciąż łamane, nawet w Unii Europejskiej. Fundacja Równości została sama z wielką imprezą (miasto i większość firm nie chcieli w ogóle rozmawiać o pieniądzach), a teraz pewnie z potężnym kredytem do spłacenia. Niektórzy geje i lesbijki w ogóle nie włączyli się w imprezę, bo ich zdaniem takie parady utrwalają stereotyp rozerotyzowanego geja. Dlatego słowa uznania należą się poszczególnym osobom, organizacjom, fundacjom i knajpom, dzięki którym przez festiwalowy tydzień w ogóle coś się w mieście działo. Udany turniej kobiecej piłki nożnej tak naprawdę zorganizowała jedna osoba.
Najważniejszym wydarzeniem EuroPride był sobotni marsz, na który przyjechało 8 tys. osób. Porażka? Niektórzy twierdzą, że tak, choć przeważnie ci, którzy na paradzie nie byli. Myślę, że rozczarowanie to efekt apetytów na drugi Madryt (w EuroPride wzięło tam udział półtora miliona osób), które rozbudzili w nas sami organizatorzy. Na pierwszej konferencji poświęconej EuroPride szef Fundacji Równości Tomasz Bączkowski spodziewał się 20 tys. przyjezdnych. W kulminacyjnym momencie mowa była o 70 tys. uczestników. Potem liczba zaczęła spadać, w końcu organizatorzy zgłosili w urzędzie miasta 15-tysięczną manifestację. Kiedy padła informacja, że na paradzie będzie tylko dziewięć platform, moja znajoma żachnęła się, że w Paryżu jechało ich 75.Oczywiście, daleko nam do Madrytu i Paryża, ale kiedy pod koniec parady zagadnęłam grupę Niemców, czy nie są rozczarowani tak małym marszem, oświadczyli zgodnie, że dawno nie byli na tak wyjątkowej i przyjaznej paradzie dumy jak nasza. I że "czuło się coś w powietrzu". Myślę, że dla obywateli krajów, w których geje i lesbijki mogą zawierać związki partnerskie, ujawniać się w pracy i przed sąsiadami, gdzie w ogóle nie trzeba chronić parad równości, a policjanci co najwyżej tańczą na platformie, EuroPride w Warszawie była szczególnym przeżyciem. Jak na nasiąknięty homofobią kraj to był sukces.Chodzę na parady równości od 2002 r. Bywały małe i duże. Ale takiego święta i tylu ludzi na pl. Bankowym jeszcze nigdy nie widziałam. To było imponujące i dodało wszystkim skrzydeł. Znajoma, która wcześniej narzekała, że jesteśmy prowincją, kiedy już maszerowała w tłumie, to się popłakała. Powiedziała, że po raz pierwszy czuje się jak w Europie.Władza tylko się ośmieszyła, ignorując jedną z największych demonstracji ostatnich lat. Nie widząc problemu, który części obywateli nie pozwala normalnie żyć. Ośmieszyli się też ci, którzy rzucali jajkami i butelkami w pokojową demonstrację.A przede wszystkim zszokowały mnie tłumy gapiów. Machali i robili sobie zdjęcia. Przyprowadzili dzieci. Nie bali się. Zobaczyli, że nikt nie kopuluje na platformach. Pomyślałam, że może wcale nie jest tak tragicznie z tą polską homofobią. I jeśli odbyłoby się referendum w sprawie związków partnerskich, społeczeństwo zdecydowałoby mądrze.

Wojciech Tymowski - O co chodziło w Europride? Z "Wiadomości" nie wiadomo.

Pierwszy raz widziałem EuroPride. Wiedziałem, że w Polsce to manifestacja polityczna. Ale w sobotę miałem wrażenie, że to karnawał. Kolorowy i odlotowy

Waliły bębny, ryczały wuwuzele i inne trąbki, muzyka z głośników na platformach wybijała rytm. Wyginały się półnagie tancerki samby i drag queen w odjazdowych kostiumach. Nie widziałem na EuroPride żadnej obsceniczności (przed nią zawsze przestrzegają przeciwnicy parad), choć niektórzy przebierańcy byli dla mnie dziwaczni. Najostrzejsze hasło to "Polska kolonią Watykanu". Było konfrontacyjne i prowokujące, ale było niczym w porównaniu z rzucaniem butelkami w tłum przez przeciwników parady.

W marszu szli zwykli ludzie, rodziny z dziećmi. Jednak uczestników było znacznie mniej, niż zapowiadano. Z drugiej strony 8 tysięcy osób, według policji, czy 15 tysięcy jak chcą organizatorzy to w Polsce - gdzie manifestacje z reguły są niewielkie - duże osiągnięcie, zwłaszcza, że na dotychczasowe parady równości (z wyjątkiem może jednej, która stała się jednocześnie manifestacją przeciwko działaniom Giertycha jako ministra edukacji) chodziło zaledwie 2-4 tysiące osób. Skład EuroPride wzmocnili trochę goście z zagranicy, zatem szczególnego pospolitego ruszenia na paradę nie było. Wygląda na to, że dla wielu warszawiaków - mimo okazywania generalnie przyjaznych reakcji przez tych, którzy paradę widzieli na trasie - taki przemarsz to ciągle nie jest - jak to chcieliby organizatorzy - ani karnawał, ani manifestacja przeciw dyskryminacji. To rzecz trudna, nierozpoznana, kontrowersyjna, pewnie też demoralizująca. Na wszelki wypadek lepiej omijać to szerokim łukiem, bo przyłączenie się również może być źle odczytane.Ci, co nie poszli z powodu takich obaw utwierdzili się w słusznym wyborze oglądając wieczorem "Wiadomości TVP". Dowiedzieć się z nich, o co w tej paradzie chodzi, jakie są jej postulaty polityczne, nie było łatwo. "Wiadomości" postanowiły nie dostrzec, że przez Warszawę przeszła manifestacja reprezentująca bardzo dużą grupę Polaków i Polek walczących o swoje prawa. Prowadzący podkreślał, jak mało osób wzięło udział w paradzie, co kontrastowało szczególnie mocno z wcześniejszym wyjątkowo obszernym materiałem "Wiadomości" spod Grunwaldu. Rekonstrukcja bitwy sprzed 600 lat ściągnęła aż 150 tysięcy widzów. W materiale mnóstwo ludzi mówiło jak na grunwaldzkich polach bardzo im się podoba. EuroPride zaś została przedstawiona jako impreza niszowa dziwacznego i obcego większości środowiska. Na samym początku dwóch całujących się mężczyzn. O związkach partnerskich (głównym postulacie EuroPride) mówił mężczyzna, którego przedstawiono: "ma partnera w Indonezji". Wystąpiło jeszcze dwóch chłopaków z Kolumbii w czerwonych majtkach, zapewne dlatego, że byli najskąpiej ubranymi uczestnikami wydarzenia. Stereotyp został utrwalony.

PS. Jeśli ktoś utrwala stereotypy to media a nie uczestnicy parady i sama parada. Warto o tym pamiętać. Kieruję to do tych wszystkich kryptogejów, którzy przed paradą opluwali jej uczestników na rozmaitych forach internetowych, zarzucając im, że to przez parady wizerunek gejów i lesbijek jest w społeczeństwie nieprawdziwy. Niech przejrzą w końcu na oczy. Stereotypy są silne dzięki takim właśnie, ktorzy "robią to w domu po kryjomu", bo przez nich społeczeństwo nie ma szans zweryfikować swoich błędnych wyobrażeń o gejach i lesbijkach. (Hyakinthos1978)

Mówcie każdemu, kim jesteście...


"Mówcie każdemu, kim jesteście: rodzicom, współpracownikom. To jedyna droga walki ze stereotypami!"

- Dustin Lance Black, scenarzysta filmu "Obywatel Milk", podczas Europride w Warszawie

Żądajmy równych praw, żądajmy małżeństw!

W Irlandii ustawa o związkach partnerskich przyjęta i podpisana przez prezydenta. Pierwsze pary będą mogły zarejestrować związek 1 stycznia 2011 r. Wprowadzone rozwiązanie nie tylko jest krytykowane przez społeczność homoseksualną w Irlandii, ale także przez większość całego społeczeństwa irlandzkiego. Z sondaży wynika bowiem, że większość Irlandczyków jest przychylna otwarciem instytucji małżeństwa na pary jednopłciowe. Nie było w zasadzie żadnych przeszkód by to uczynić. Zapowiadane są protesty i marsze poparcia dla małżeństw homoseksualnych. Irlandzcy geje i lesbijki liczą, że uda im się zmienić przepisy jeszcze przed wejściem w życie ustawy o związkach partnerskich.
W sąsiedniej Wielkiej Brytanii władze coraz głośniej mówią o umożliwieniu gejom i lesbijkom zawierania małżeństw. Przypuszcza się, że będzie to możliwe w ciągu najbliższych 2 lat i to dzięki rządzącej Partii Konserwatywnej. Istniejące związki partnerskie dają obecnie gejom i lesbijkom identyczne prawa jak małżeństwa osobom heteroseksualnym. Tym bardziej istnienie dwóch instytucji o takich samych prawach i różnych nazwach jest pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Coraz bliżej małżeństw są także geje i lesbijki w Paragwaju i Urugwaju, które to państwa sąsiadują z Argentyną, gdzie niedawno zmieniono kodeks cywilny i zawartą w nim definicje małżeństwa. Podobne zmiany są przygotowywane w Meksyku i Brazylii.
W Europie prawo do zawarcia małżeństwa wkrótce będą mieli także homoseksualni Luksemburczycy. Zaawansowane prace nad podobnymi zmianami trwają w Słowenii.
Wyraźnie wskazuje to na pewien małżeński trend na świecie. U nas tymczasem pseudodebata nad rozwiązaniami w stylu francuskich PACS-ów, które są w mojej opinii urągające godności człowieka. Przypominają bardziej rejestrację psa w urzędzie gminy albo samochodu w wydziale komunikacji urzędu powiatowego niż ceremonię ślubną. Zbyt szanuję siebie i mój związek, by się zgodzić na takie rozwiązanie. Jak długo jeszcze będziemy żądać tylko prawa do niesatysfakcjonującego minimum? Najwyższy czas zacząć głośno mówić o małżeństwach.

Ale...

Postanowiłem przyłączyć do licznego grona blogerów i podjąć się próby podsumowania tegorocznego Europride w Warszawie. Trudno mi o jednoznaczną ocenę, ponieważ w ramach Europride odbył się szereg przeróżnych wydarzeń, które też różnie oceniam. Europride według mnie zaczął się totalną kompromitacją związaną z „rzucaniem jajkiem w pedała” a skończył co prawda radosną i kolorową paradą, ale o nie do końca zadowalającej frekwencji i w całokształcie trochę bezideową.
Pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami było całkiem nieźle – imprez dużo, a do tego ciekawych. Mam na myśli imprezy odbywające się w Pride House, wystawę w Muzeum Narodowym i festiwale filmowe przygotowane przez Kinotekę i Filmotekę Narodową. Takiego programu nie powstydziłby się nawet Londyn i Madryt. Cóż jednak z tego jeśli niesmak po sławnym już „rzucaniu jajkiem” pozostał niestety do końca Europride, a parada, która miała być jego punktem kulminacyjnym, nie zdążyła się na dobre rozkręcić a już została zakończona.
Wracając do „rzucania jajkiem” organizatorzy upierali się co prawda, że był to happening promujący imprezę, ale wciąż jest mi bardzo trudno zrozumieć, dlaczego promować ma bezmyślne wykorzystywanie symboli oraz języka przemocy i nienawiści. Organizatorzy nie wykazali się nawet odrobiną refleksji nad homofobią. W moich oczach był to żenujący i skandaliczny spektakl niczym ostatnie uruchomienie pieca w Auschwitz przez roześmianych celebrytów w takt muzyki biesiadnej w rocznicę wyzwolenia obozu. Nie dość bowiem, że było smutnie żenująco to dodatkowo powiało tandetą, co można zauważyć oglądając plakat z happeningu, który był bezwartościowy zarówno pod względem treści jak i artyzmu.
Na zakończenie Europride miała być parada, która miała przyćmić wszystkie wcześniejsze, być wydarzeniem w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Choć była największa z dotychczasowych parad oraz najbardziej roztańczona i rozśpiewana to jednak nie na tyle by móc porównywać ją do parad z Europy Zachodniej. Jednocześnie wydaje mi się ona zbyt mało ideowa, zbyt słabo wyrazista politycznie. Wielki ukłon i wyrazy szacunku dla Gazety Wyborczej, która zaangażowała się w promocję nie tylko samej imprezy ale i także promocję naszych postulatów oraz przyjęła w pewnym sensie nawet rolę edukatora, niosącego kaganek oświaty w społeczeństwo. Odniosłem wrażenie, że na łamach Gazety Wyborczej nasze dążenia do wprowadzenia w życie w Polsce zasad równości i sprawiedliwości społecznej były bardziej widoczne niż na samej paradzie. Jedynym wyraźnym akcentem politycznym podczas tegorocznej parady był tak naprawdę baner będący inicjatywą Grupy Tel Aviv z hasłem „Żądamy ustawy o związkach partnerskich”.
Choć popieram wszystkie kroki w kierunku równości, także inicjatywę wprowadzenia związków partnerskich, to muszę jednak podkreślić, że związki partnerskie są jedynie półśrodkiem do zapewnienia wspominanej równości i sprawiedliwości. Jedyne rozwiązanie, które może zagwarantować równość i sprawiedliwość to małżeństwo definiowane jako związek dwóch osób bez względu na ich płeć. Związki partnerskie popieram jako rozwiązanie jedynie przejściowe lub też jako rozwiązanie współistniejące obok małżeństw, dostępnych zarówno dla par hetero – i homoseksualnych, i tak samo jak małżeństwa dostępne dla wszystkich obywateli bez względu na płeć osób taki związek tworzących. Podczas parady widziałem niestety tylko jedno odniesienie do małżeństw w postaci kilku flag z napisami promującymi ideę otwarcia małżeństw dla par jednopłciowych oraz rysunkiem tęczowych obrączek. Cenna inicjatywa, tym bardziej, że przygotowana przez jedną osobę, nie powiązaną z żadną organizacją. Miałem dużą przyjemność z niesienia jednej z flag podczas parady. Podobnych nawiązań do małżeństw mi bardzo brakowało. Nie tylko zresztą tego. W ogóle akcentów politycznych i żądań równouprawnienia było w moim odczuciu niewiele. Stanowczo za mało i za słabo artykułowanych. Media rozpisywały się co prawda o postulacie formalizacji związków homoseksualnych jako temacie przewodnim parady, ale jest to zasługą niemal wyłącznie Grupy Tel Aviv, dzięki której postulat ten był widoczny. I za to należą się całej Grupie wielkie brawa. Prawda jest taka, że gdyby nie baner i ulotki z żądaniem formalizacji związków przygotowane przez Tel Aviv kwestie te byłby niemal niewidoczne podczas parady.
Było za to radośnie i kolorowo jak nigdy dotąd w Warszawie. Pierwszy raz w Warszawie było też tak tłumnie i tanecznie. Dlatego zupełnym nieporozumieniem było skrócenie trasy przemarszu. Biorąc pod uwagę to, że parada ruszyła z opóźnieniem, czyli około godz. 13.30, a skończyła o 16.00 i uwzględniając 20 minutową przerwę w połowie trasy, wychodzi na to, że impreza nie trwała nawet trzech godzin. Było to co najmniej dziwne. Rozpoczęcie parady i jej zakończenie były natomiast nijakie. Na Pl. Konstytucji widziałem wiele osób, które były chętne bawić się jeszcze do późnego wieczora, ale niestety organizatorzy nie dali im takiej możliwości. Platformy szybko zniknęły z placu, po czym zdezorientowany tłum zaczął się rozchodzić. Można było bawić się dalej. Wystarczyło pozostawić platformy na placu.
Na to, że było znacznie bardziej imprezowo i barwnie niż w ubiegłych latach duży wpływ miał udział gejów i lesbijek z Europy Zachodniej. Bardzo mnie to ucieszyło, że przyjechali, ale gdzieś w głębi serca miałem nadzieję, że przyjedzie ich więcej. Dobrze jednak, że było ich chociaż tylu, bo bez nich mogłaby się skończyć klapą.
Jednocześnie rodzą się we mnie obawy, co będzie w przyszłym roku, gdy najprawdopodobniej już nie będziemy mieli zagranicznego wsparcia. Myślę również o frekwencji. Nie ma co ukrywać, że tegoroczna parada w Warszawie - choć największa z dotychczasowych – nadal jest mikroskopijna w porównaniu do parad nie tyko w Berlinie, Londynie, Amsterdamie czy Madrycie, ale również w odniesieniu do parad w miastach mniejszych od wymienionych, jak chociażby Sztokholm czy Bruksela. Frekwencja jest największym problemem warszawskich imprez. Uważam, że trzeba wyciągnąć z tego wnioski na kolejne lata i nauczyć się angażować ludzi do działania na rzecz naszego wspólnego dobra. O powodzeniu takich wydarzeń jak parady i ich klimacie decydują przecież ich uczestnicy.
Z przerażeniem czytałem przedparadowe wpisy gejów i lesbijek o tym, jak są przeciwni paradzie i „doradzali” lobbować na rzecz zmian prawnych w inny sposób. Żadnej z tych osób nie widziałem jednak podczas manifestacji pod Sejmem w sprawie formalizacji związków jednopłciowych, nie widziałem też by ktoś z nich udzielał się politycznie, czy dziennikarsko ani w żaden inny sposób aktywnie działał w tym kierunku. Większość z nich siedzi głęboko w szafach nazywając to błędnie „normalnością”. Za niechęcią tych ludzi wobec parady stoi tak naprawdę zinternalizowana homofobia, podszyta strachem przed ujawnieniem się i odrzuceniem. Po to są jednak parady, by takich obaw w przyszłości nie było. Czy naprawdę tak trudno to zrozumieć?! Na tych ludziach należałoby skupić uwagę przez najbliższy rok. Dopóki nie wyjdą w Polsce na ulice setki tysięcy ludzi jak w Hiszpanii lub choćby dziesiątki tysięcy ludzi to żaden polityk nie będzie widział korzyści w popieraniu naszych postulatów. Musi temu towarzyszyć stanowczość i determinacja w głoszeniu naszych postulatów.

niedziela, 18 lipca 2010

Media a rzeczywistość

To, co pokazały TVP oraz Polsat wczorajszego dnia w relacjach z Europride to skandal. Mimo, że były to relacje z Europride to 3/4 czasu zamiast paradzie zostało poświęconych kontrmanifestacjom faszystów z Młodzieży Wszechpolskiej i ONR. Marsz Grunwaldzki, gdzie na koszulakach uczestników widniały napisy "Pedały do gazu" i gdzie skandowano podobne hasła, pokazano w TVP jakby to był marsz patriotyczny. To nie był marsz patriotyczny. Nawoływanie do mordowania ludzi to faszyzm! Z relacji telewizyjnych dowiedzieliśmy się jednak nie o haniebnych hasłach na koszulakach i faszystowskich okrzykach ale o tym, jak złożyli oni wieniec pod Grobem Nieznanego Żołnierza. To wstyd, by tacy ludzie nie tylko składali kwiaty w takim miejscu, ale także mogli bezkarnie przejść przez Warszawę wzywając do nienawiści. Już na Nowym Świecie w kierunku Pride House rzucona została petarda, jajka i butelki. Byłem świadkiem tego zdarzenia i jestem oburzony tym, że tego marszu nienawiści policja nie przerwała w tym momencie. Widziałem również jak uczstnicy tego haniebnego marszu obrażali ludzi o ciemnym kolorze skóry na Nowym Świecie i wyciągali ręce w faszystowskim geście. Policja nie reagowała na takie zachowania, choć jest to jej obowiązkiem. Prawo wyraźnie mówi, że mogą się odbywać jedynie manifestacje pokojowe. Wczoraj jednak pozwolono na to, by w Warszawie promowano nienawiść, wszczynano burdy, obrażano ludzi i nawoływano do mordowania. W relacjach telewizji publicznej i Polsatu nie można było dowiedzieć jednak sie o tym dowiedzieć. Ponura rzeczywsitość została ukryta. Poza tym kolorową Europride i pełne nienawiści marsze faszystów pokazano tak jakbybyły sobie równe. Także w wymiarze ilościowym. Tymczasem Europride zgromadziła kilka tysięcy ludzi, podczas gdy w homofobicznych demonstracjach wzięła udział garstka ludzi. TVP oraz Polsat dopuściły się wczorajszego dnia świadomej i celowej manipulacji oraz zafałszowania rzeczywistości. Oburza mnie to, że telewizja publiczna pokazuje białoczarwone flagi i kwiaty na marszu nacjonalistów, a pomija to, że krzyczeli oni "Pedały do gazu", "Zboczeńcy" oraz "Wypierdalać" w kierunku uczestników Europride. Zszokował mnie również komentarz do relacji z Europride w telewizji publicznej. Brak mi słów by opisać nierzetelność i manipulacje ze strony pracujących tam dziennikarzy. Niewiele uczciwszy w relacjach był Polsat. Jest to żenujące i skandaliczne.

sobota, 17 lipca 2010